Małe lingwistyczne rębajły. Szorstkie i nieokrzesane wersy zamieszkujące pomięte kartki, serwetki, klozetowe drzwi, ściany bloków i te wszystkie inne miejsca, które można odnaleźć pośród smutnych i zimnym miast aglomeracji śląskiej. Zuchwała "poezja" raczej nie jestą lubiana. W formie zazwyczaj stanowią stek epitetów, powtarzające się mantryczne CHWDP, hooligans coś tam... i insze. Ale małe lingwistyczne rębajły wcale się tym nie przejmują. Również nas nie lubią. Zbuntowane wobec całego otaczającego świata kolą w oczy wszystkich wykształciuchów i matki z dziećmi. Zamalowane, ukryte, wyrzucone w śmieci powracają niezniszczalne w liczbie jeszcze większej. Odbijają utracone pozycje i okopują się jeszcze lepiej.
W sumie nie przepadam za rębajłami lingwistycznymi... Jakie czasy takie wiersze. Nie zrozumcie mnie źle. Szanuję sztukę graffiti. Lecz pomiędzy rębajłąmi lingwistycznymi a dobrym graffiti jest zasadnicza różnica.

Pod wpływem odruchu, impulsu, wewnętrznej potrzeby. Czy to przypadek iż niemal każdy wiersz popełniony zrodził impuls raczej mroczny i nieszczęsny? Twórców umiejących pisać pod wpływem uczuć radosnych można policzyć na palcach jednej ręki, a ich utwory popełnione z reguły nie mogą liczyć na poważanie, co najwyżej uznanie formy i swobody wypowiedzi. Mroczne, ciężkie i smutne - myśli inicjujące dobrą poezję? Można powiedzieć że to dość groteskowe. Celowe chciało by się rzec umartwianie się, aby móc wykrzesać z siebie twórcze moce...